| Aleksander Wat |
| Wpisany przez Marlena, Ostrowiec Świętokrzyski | |
| środa, 19 września 2012 20:40 | |
|
W czterech ścianach mego bólu nie ma okien ani drzwi. Słyszę tylko: tam i nazad chodzi strażnik za murami. O wierszach śródziemnomorskich Aleksandra Wata
Aleksander Wat (Chwat) urodził się w 1900 roku. Polski poeta i prozaik. Był współtwórcą polskiego futuryzmu, następnie związał się z awangardowym ruchem skupionym wokół Nowej Sztuki (1921-1922) i Almanachu Nowej Sztuki (1924-1925). W latach 1929-1931 A. Wat był redaktorem Miesięcznika Literackiego, od 1932 do 1939 roku wypełniał obowiązki kierownika literackiego wydawnictwa Gebethner i Wolff. Po wybuchu II wojny światowej we Lwowie, A. Wat był więziony przez władze radzieckie w latach 1940-1941, następnie zesłany do Kazachstanu, skąd powrócił do Polski w 1946 roku. W latach 1948-1955 poeta pełnił funkcję redaktora naczelnego Państwowego Instytutu Wydawniczego. Kolejne lata autor spędził w Szwecji i Francji, gdzie pozostał od 1959 roku na stałe, wybierając w 1963 roku status emigranta. Pewien czas pracował we Włoszech jako redaktor polskiej serii w mediolańskim wydawnictwie Umberta Silvy. W 1961 roku osiadł w Paryżu. Aleksander Wat cierpiał na przewlekłą chorobę - zespół Wallenberga powodujący ostre bóle głowy. Poeta popełnił samobójstwo na skutek przedawkowania leków przeciwbólowych. Został pochowany na cmentarzu Les Champeaux w Montmorency. Autor groteskowych i katastroficznych opowiadań, zbiorów wierszy.
Nokturny Bólu przyjście gdy stuka w kość moją jak w drzwi. Jak los. Kościanym palcem póki się nie poddam. Póki nie otworzę. I bije między brwi i jak majtek z książek wrzeszczy na mnie g o d d a m.
Furie liści spadłych sucha piana sztormu obłoków szarpanina trzask ginących wraków - noc gdy alchemiczka cjanki warzy z bromu grynszpan dosypuje do wywarów z maku.
Wreszcie ranek pogodny. Poranek bez radości początek dnia i drogi długiego konania. Gdy ruchem wyślizgowym odchodzi ku przeszłości bez znaku bez spojrzenia bez głosu pożegnania.
Aleksander Wat z Czesławem Miłoszem
Kaligrafie Prawda go przyciaga. I prawda odpycha. Poddaje się na przemian atrakcji i repulsji. Jak pływak, co zasnął na wodzie w zacisznej płyciźnie zatoki obok meduz i sam jakże meduzie podobny, bierny zarówno fali tamtej, co go zabiera, i tej, która odnosi.
Sen Jest we mnie wyspa i niebo nad nią, i rzeka wokoło.
Skąd ta rzeka wypływa? Dokąd ta rzeka wpływa? Znikąd? Donikąd?
Co wyłowi ten rybak, ukryty w sitowiu? Co ustrzeli myśliwy, nurkujący śród traw wysokich? Jak ptak runie z nieba z przestrzelonym gardziołkiem, z którego śpiew się sypie jak groszki z gwizdawki?
Gdy noc zapada myśliwy i rybak siadają na ziemi obydwaj są niemi łuk złożą i sieci siadają na ziemi gdzie księżyc nie świeci gdzie woda nie płynie gdzie nic nie przeminie choć wszystko przemija o to ziemia niczyja.
Siadają na ziemi i utrudzeni pokazują połów z dnia całego: monstra podwodne jeża, nietoperza, kości końskiego szkieletu i zbłąkaną tu przygodnie hamadriadę z sercem przestrzelonym, a jeszcze żywym, wciąż jeszcze żywym tęskniącą do drzewa swojego. Gdzie jesteś drzewo, gdzie jesteś, drzewo tej hamadriady?
Ona umiera, chce się pożegnać. Księżyc zaciera jej zmysły. Nie grać, żabia kapelo, slowiku solisto. Kości się bielą nad wodą. Nieczystą.
|



